Wywiad z o. Maksymilianem Nawarą OSB,
Właśnie dlatego, że jesteśmy w drodze, czasem zatrzymujemy się by popatrzeć wstecz, nie tyle z nostalgią, ale z wdzięcznością za bogactwo drogi. Chciałbym zatem zatrzymać się z wdzięcznością i radością, by przedstawić bliżej kogoś, z kim wędrowałem nie tylko po bieszczadzkich szlakach, ale na wielu życiowych drogach, kiedy nasze ścieżki spotykały się i krzyżowały. Teraz po długim czasie wędrowania w geograficznie odległych od siebie stronach, z radością przekonuję się, że wewnętrznie, duchowo, nasze drogi mają ten sam kierunek.
Po tym dłuższym wstępie chciałbym zaprosić na spotkanie z Ojcem Maksymilianem Nawarą, benedyktynem z opactwa w Lubiniu koło Poznania. W kilku odcinkach przedstawię zapis naszego spotkania, które miało miejsce w styczniu (2011) przy okazji moich kolejnych odwiedzin na comiesięcznych warsztatach medytacyjnych, prowadzonych przez Ojca Maksymiliana.
Zapraszam na pierwszą część spotkania.
Wojtek: Chciałbym, żebyś może na początek powiedział coś o sobie,
bo ja o Tobie trochę wiem, ale czytelnicy chyba nie,
więc powiedz z kim się dzisiaj spotykają?
Maksymilian: Pochodzę z Będzina, a dokładnie z Grodźca, to jest takie ciekawe miasteczko. Wychowałem się w rodzinie, która była tak tradycyjnie polskokatolicka, czyli za bardzo Kościołem się nie przejmowała. Ja zresztą też przez długi czas tez się nie przejmowałem. Oczywiście sakramenty przyjmowałem w kościele, ale to głównie dlatego, żeby nie mieć problemów np. bierzmowanie, żeby w razie ślubu ksiądz się nie czepiał, że nie mam zaświadczenia. Od czasu szkoły średniej zaczął się taki etap głębszych poszukiwań. Mianowicie w liceum miałem takiego kolegę, Pawła Pudłowskiego, który mi zadawał strasznie denerwujące pytania. Na przykład pytał mnie: „Po co chodzisz do szkoły?”, „po co się uczysz?” No jak to po co, każdy głupi wie, że po to żeby mieć wykształcenie, potem znaleźć pracę, założyć rodzinę i tak dalej, no tak ale po co?, Jaki jest sens tego? Po co ta rodzina? Do czego to zmierza. Zadawał mi pytania o sens tego wszystkiego co robię, kim jestem, o sens mojego życia., o sens istnienia wszechświata, o to jak to wszystko funkcjonuje, skąd się wzięło, do czego to zmierza, jaki jest tego początek. To były takie pytania, ze ja się wkurzałem, on mnie wnerwiał po prostu, mówiłem mu zamknij się, daj mi spokój, ale potem, kiedy wracałem do domu to były takie pytania, które mi nie dawały spokoju. Słuchałem wtedy muzyki, tak głośno, próbowałem różnych rzeczy, żeby zagłuszyć te wszystkie pytania i się nie dało, to były takie pytania, które ciągle wracały. One doprowadziły do takie momentu, że już w zasadzie nie potrafiłem funkcjonować. To znaczy nie mogłem się zupełnie skopić, słabo spałem, nie chciało mi się jeść, bo ciągle miałem pytania po co? Jaki jest sens tego wszystkiego, co ja robię? Do czego to w ogóle prowadzi? Takie pytanie zasadnicze jaki jest sens mojego istnienia?? I tak zaczęło się poszukiwanie.
W: Gdzie szukałeś?
M: Oczywiście nie zaczęło się od Kościoła Katolickiego, bo uważałem wtedy, że to jest taka zbyt skostniała rzeczy, która mi nie może za wiele pomóc, więc zacząłem szukać od jakiejś filozofii Hari Kriszna i innych, które też nie odpowiadały na pewne pytania. Wtedy trafiłem do takiego katechety, który mnie uczył, a był doktorem filozofii, więc miał takie szersze pojęcie niż tylko teologiczne. Wtedy mu powiedziałem „Proszę księdza mam takie pytania i jest ze mną nie dobrze, i jak nie znajdę jakichś odpowiedzi na te pytania, to ja nie wiem do czego to doprowadzi. Tylko niech mi ksiądz nie opowiada żadnych formułek”. I rzeczywiście on nie opowiadał mi żadnych formułek, tylko dał mi jakąś książkę, nawet nie pamiętam jaka to była książka, powiedział mi jak przeczytasz tę książkę i jak będziesz miał jakieś pytania to możemy porozmawiać, jak nie po prostu zwróć książkę. Ja przeczytałem te książkę, a potem przeczytałem jakąś drugą książkę i potem był jakiś taki moment, w którym nagle pojąłem że, jeśli Boga nie ma – to wszystko jest bez sensu. To nie było tylko rozumienie intelektualne, ale całkowite przeświadczenie, że tak jest, jeśli Jego nie ma to wszystko jest bez sensu, a jeśli On jest to w Nim mam pełny sens. I to było takie nawrócenie, że tak powiem o 360 stopni.
W: I my spotkaliśmy się już wtedy, kiedy ty wiedziałeś czego szukasz.
M: Tak pojawiłem się wtedy w Wojkowicach w parafii, żeby się zapisać do ministrantów, jak już byłem stary koń, pamiętam jak ksiądz Ośródka mówił mi „człowieku, to po pierwszej Komunii św. się zapisują, a nie teraz, co ja mam z tobą zrobić”. Później zacząłem dalej szukać, działać, ale już wszystko nabrało takiego wymiaru, że ja już wiem po co. Ponieważ to było takie wielkie przekonania o obecności Boga, więc wiązało się to z poszukiwaniem kontaktu z Nim, modlitwy.
Zacząłem szukać sposobów modlitwy, form modlitwy, jak to zrobić, jak się modlić, to było takie odbijanie się od bandy do bandy, szukanie różnych sposobów i związane z tym trudności.
W: A jak reagowali twoi znajomi, przyjaciele?
M: No oczywiście to wzbudzało kontrowersje, w rodzinie nikt nie był przyzwyczajony do mnie takiego. Nawet pojawiła się teoria spiskowa, że poznałem jakąś dziewczynę z sekty, która próbuje mnie przeciągnąć, albo że Świadkowie Jehowy na mnie działają i zaczynam czytać Pismo św., że w ogóle coś mi się stało z głową, bo to nie było normalne u mnie w rodzinie, że się czyta Pismo św., albo, że się chodzi do kościoła w niedzielę, a ja jeszcze miałem taki zwyczaj, że chodziłem w piątek i w niedzielę. Przy tym zastałem taki normalny w codziennych sprawach, grałem w zespole, były różne spotkania.
W: Tak pamiętam, w tym czasie kroczyliśmy razem, chociaż ja byłem wtedy na całkiem innym etapie drogi, jako wikariusz w Wojkowicach, a potem animator młodzieży przy Domu Misyjnym w Czeladzi. Pamiętam gorliwego ministranta Roberta, nasze oazy, Bieszczady. Potem Nowa Ewangelizacja w Czeladzi.
M: Tak, jakoś mocno wrosłem w tę oazę, która się rodziła w Wojkowicach. Potem całe doświadczenie ze Szkołą Nowej Ewangelizacji i muszę powiedzieć, że to był taki największy „pałer” dla mnie, szkoła uświadomiła mi wiele różnych rzeczy i tak mnie poprowadziła.
Mniej więcej w tym samym czasie zaczęły się takie moje poszukiwania głębi. To były takie pytania jak się tam dobić do tej głębi? To była już wtedy taka moja decyzja, żeby moje życie było ukierunkowane na poszukiwanie Boga, czyli te wszystkie zewnętrzne rzeczy jak duszpasterstwo, kaznodziejstwo, czy nawet ewangelizacja, to nie było „to” dla mnie, ja czołem wyraźnie, że muszę iść w takim kierunku prostszego życia i poszukiwania czegoś głębiej. Tym bardziej, że na tym etapie już te wszystkie formy modlitwy, które mnie wcześniej prowadziły i trzymały, już mi nie wystarczały. Stwierdziłem, że muszę szukać dalej, wtedy właśnie postanowiłem wstąpić do benedyktynów to był czerwiec1998 rok, zaraz po maturze.
C.D.N.

