to, co umiera
Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je. Powiadam wam: Tej nocy dwóch będzie na jednym posłaniu: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony.
(z Ewangelii dnia, czytaj całość – Łukasz 17,26-37)
Wszelki strach znika wraz z odkryciem, że życie w swej istocie nie ma ani początku, ani końca, bo jest poza czasem i chociaż pojawia się w wymiarze czasu i przestrzeni, to jednak do niego nie należy i całkowicie go przekracza. To, co próbujemy zachować jako życie jest tylko najbardziej powierzchownym jego przejawem, chociaż na tyle realnym, że często pojawia się przeświadczenie, że jest jedynym, a przynajmniej dobrze znanym, gdy tymczasem wszystko inne jest pod znakiem zapytania. Gotowość porzucenia tego znanego wymiaru życia okazuje się bardzo trudne, a dla wielu wręcz niemożliwe. Zaproszenie jest jednak bardzo wyraźne, nie da się wejść w pełnię życia trzymając się kurczowo jego zewnętrznych przejawów. Każda chwila jest okazją by samemu doświadczyć, że porzucając to, co do tej pory nazywałem życiem niczego nie tracę, ale otwieram się na „życie nowe”, „życie nieznane”, „życie pełniejsze”. Słowa chyba nie wystarczą, by kogoś przekonać do „spróbowania”, to raczej sytuacje „bez wyjścia” (czy nie o nich mówi Jezus jako o „dniu Syna Człowieczego”) pozwalają wpaść w ramiona łaski i poczuć, że umiera tylko to, co i tak jest już bez wartości.

